Obniżka!

-10%

Rozmowy mnicha z (pra)siostrzeńcem Zobacz większe

17,15 zł

19,05 zł

Informacje dodatkowe

Wydanie Pierwsze, 2020
ISBN 9788373549
Oprawa Miękka
Format 125x195
Stron 112
Brak Tekst który się nie wyświetla i musi być na końcu, jeśli nie ma podtyułu

Podziel się

Leon Knabit OSB, Bartosz Michałowski

Rozmowy mnicha z (pra) siostrzeńcem

Na ogół wstęp do książki pisze ktoś znany, ważny, uczony lub mądry a najlepiej, żeby miał wszystkie te przymioty. Taki autor na ogół podnosi wartość dzieła. Na szczęście wywiadowi z o. Leonem Knabitem, który sam w sobie jest człowiekiem wielkiej wartości, żaden ważny ani szczególnie wybitny człowiek nie musi dodawać prestiżu. Z tego powodu mogę napisać wstęp, choć zawodowo robię rzeczy bardzo odległe od pisania wprowadzeń do mądrych książek.

Kiedy tylko zacząłem w miarę świadomie spoglądać na świat, okazało się że jednym z moich bliskich jest dziwna postać w czarnym ubraniu z kapturem, którą nazywano mnichem albo benedyktynem z Tyńca. Dość szybko też zorientowałem się, że jest on dość dziwny, bo ma dwa imiona: moja Babcia, którą wtedy szanowałem najbardziej na świecie, a nawet zdecydowanie chciałem się z nią żenić, mówiła do niego zdrobniale: „Stefanku”, mimo że był najwyższy w rodzinie. Traktowała go też jak syna i kochała chyba na równi ze mną, z czym z trudem się godziłem. Inne osoby, nie z rodziny, częściej mówiły o nim: „ojciec Leon”. Wtedy już rozumiałem, że to brat Mamusi i jest moim Wujkiem. Przez dłuższy czas natomiast nie bardzo wiedziałem, dlaczego, skoro mam swojego Tatusia Zbysia, to brat Mamusi, wujek Stefanek, to także ojciec i do tego Leon.

Był on w naszym życiu obecny zawsze. Mimo surowych reguł monastycznego życia (pamiętam opowieść Babci, że jadąc na pierwszą wizytę w klasztorze, zawiozła Synowi czekoladę, a on ją oddał przełożonemu i została podzielona między współbraci; do tego po wizycie pozwolono mu odprowadzić Mamusię jedynie „do pierwszej bramy”) kiedy tylko mógł, starał się nas odwiedzać. Odbywało się to z reguły w ramach urlopu, najczęściej w lecie. Wyczekiwany Wujek przyjeżdżał do wielkiego domu mojej babci, zasiadał przy stole niedaleko otwartych drzwi na wielką werandę i odpisywał na listy. Podziwiałem malutki notesik z zapisanymi „maczkiem” adresami. Tysiąc? Więcej? Kiedy byłem już większy, posyłano mnie na pocztę po arkusze znaczków. Wieść o przybyciu Wujka, nawet w świecie bez internetu, roznosiła się lotem błyskawicy. Stary drewniany dom „dostawał skrzydeł”. Przez kilka dni roił się od dawnych znajomych, Babcia odżywała, siostry cieszyły się bratem. Mój Tatuś i Wujek nie zawsze zgadzali się co do polityki – powstała nawet najkrótsza z fraszek: „Wszakże, szwagrze?” – ale szanowali się i lubili.

Dobry, serdeczny dom. Pewnie, że nie bez problemów, ale szczęśliwy i radosny.

Wujek mieszkał w odległym Tyńcu, ale wszyscy z dumą śledziliśmy jego zakonną karierę. Dowiadywaliśmy się, że jest w kolegium redakcyjnym Biblii Tysiąclecia, staje się cenionym rekolekcjonistą, duszpasterzem młodzieży, mistrzem klasztornego nowicjatu, podróżuje, spotyka się z ciekawymi ludźmi. Z licznych wyjazdów przywoził nam rozmaite wieści – a to z królewskiego Krakowa, a to ze spotkań z ciekawymi ludźmi, czasem z dostojnikami Kościoła, nawet z samym kard. Wyszyńskim czy młodszym i mniej znanym kard. Wojtyłą. Przywoził zasłyszane od zaprzyjaźnionych misjonarzy opowieści o misjach w Burundi w Afryce, internetu wszak nie było, ale słowo czyniło cuda – do dziś pamiętam śpiewaną naukę dodawania w języku suahili:

Modża na modża ni n’ga pi?

Modża na modża ni mbili!

W pamięci pozostał mi też jeden z prezentów, który dostałem, może na piąte, a może na szóste imieniny – był to wspaniały plastikowy okręt na baterie. Jak Mamusia się zgodziła, można było nalać pełną wannę wody i… Wujek powiedział: „Dostaniesz go, ale musisz przez te kilka dni być grzeczny. Mam przygotowane na prezent dla ciebie 120 zł. Okręt kosztuje 90 zł. Za każdy wybryk odejmujemy 10 zł”. Wystarczyło, choć ledwo ledwo. Nie było łatwo, dzięki temu jednak pierwszy raz w życiu zorientowałem się, że aby coś osiągnąć, trzeba się postarać. Lekcja na całe życie.

Potem ja przyjeżdżałem do Tyńca. Pamiętam jeden dłuższy wyjazd z Tatusiem – kilka dni przeżyliśmy razem z mnichami w rytmie Reguły św. Benedykta. Posiłki były w refektarzu. Modlitwa, lektor czyta fragment Reguły przed obiadem, opat daje znak drewnianym młoteczkiem – można jeść. Jemy w milczeniu, a lektor czyta fragment stosownej książki. Biada temu, co nałożył na talerz za wiele – kilkudziesięciu chłopa patrzy, jak się morduje, bo zostawiać nie wypada, a kończymy wszyscy razem…

Więcej szczegółów

Czas płynął dalej. Wujek jest z nami, kiedy bierzemy ślub z Anią. Wspiera, kiedy tracimy pierwszą ciążę. Jest na chrzcinach naszego syna Bartka. Bierze udział w jego Pierwszej Komunii. Nie udaje się nam zgrać terminów przy ślubie Dzieci, wtedy towarzyszy „zdalnie” - modlitwą. Ale zaraz potem jest na chrzcinach Wnuczki – Zuzi, a później Frani. Świętujemy dwudziestą piątą rocznicę naszego ślubu. Jest na niej rodzina, przyjaciele, jest Wujek. Wspiera szczególnie, kiedy trzeba przeżyć kolejne pogrzeby: Babci, Cioci, Tatusia, a wreszcie – zbyt wcześnie – mojej żony, Ani. Wujek zawsze jest. Zawsze pamięta. Przyjeżdża, odwiedza, gdziekolwiek los nas zawieje. Patrzę na podpisy na setkach listów: „Pamiętam w modlitwie – br. Leon” albo po prostu „Wujek”.

Często rozmawiam z synem, teraz już dorosłym. Mężem, ojcem swoich dzieci. Pewnie nie jest idealny, ale widzę drogę, jaką przeszedł. To dzielny i mądry młody mężczyzna. Pewnie nie zawsze miałem dla niego tyle czasu, ile potrzebował, nie zawsze wszystko w porę dostrzegłem. Pan Bóg jednak tak kierował naszym życiem i decyzjami – to pewnie przez wyklęczane kolana naszych mam, babć i cioć – że trudne sprawy udawało się albo rozwiązać, albo przez nie przejść.

Narodził się więc pomysł: „Synu, a może byś napisał książkę? Razem z Wujkiem”. Syn był bardzo zaskoczony, więc rozwinąłem ideę: „Coś pod roboczym tytułem Rozmowa zakonnika z wnukiem. Tytuł nie przejdzie? Zgoda, nazwijcie ją, jak uznacie za stosowne. Wiesz, my – ty i ja – dużo ze sobą rozmawiamy. O sprawach codziennych, ale także o ważnych i najważniejszych. Często się spieramy, przekonujemy. Nawet czasami wskutek tych rozmów zmieniamy poglądy. Dzisiejszy świat stawia dużo pytań i bardzo trudno znaleźć dobrą drogę. Znacznie łatwiej znaleźć tę łatwą, ale takie rzadko bywają dobre. Lepsze drogi, to te właściwe, które trudno wypatrzyć”.

Dziś ludzie mało ze sobą rozmawiają. Rzadko słuchają, niewiele jest ciszy i zastanowienia. Wielu może by nawet chciało, ale nie ma z kim pogadać, a problemów i pytań jest chyba więcej niż kiedyś. Może warto zaaranżować i spisać rozmowę dorosłego już mężczyzny, ale dobrze pamiętającego problemy tych, którzy stoją przed decyzją, co będą uważali za dobre w życiu, a co za złe, z kimś, kto te same decyzje podejmował w całkiem innym świecie, w innych czasach, bo w latach tuż po wojnie. W całkiem innym czasie, w świecie innych wartości, innego wychowania i innych zagrożeń. Z kimś, kto choć teoretycznie mógł widzieć żywego powstańca styczniowego. Człowiekiem, który jest pomostem od początku XXI w. do połowy XIX w.? Wujek przecież pamięta pogrzeb Piłsudskiego, odsłonięcie, wysadzenie przez Niemców i wreszcie odbudowę po latach siedleckiego Pomnika Wolności, wie, co to przedwojenny patriotyzm, przedwojenne harcerstwo, Liga Morska, Centralny Okręg Przemysłowy, ale także wojna i okupacja, utrata ojca, PRL, stalinizm. A ponadto, czym jest: Boża Opatrzność, powołanie, modlitwa, Kościół w świecie, ten przed- i posoborowy, jak przebiegało i przebiega starcie modernizmu z tradycją. Można mu zadać mnóstwo pytań. Jak ważne wybory wyglądają z dwóch perspektyw? Urodzonego 1991 r. i 1929 r.?

Syn odparł: „Jestem za, choć nie będzie to dla mnie łatwe. A Wujek? Zgodzi się?”.

Zgodził się. Nawet nadał sprawie najwyższy priorytet.

Książka już jest, a ja, wyjątkowo uprawniony do napisania wstępu, jako pomysłodawca całości, zapraszam do jej lektury. Może komuś coś wyjaśni? A może zainspiruje? Może postawi nietypowe, albo i trudne pytania? / Jacek Michałowski /

Recenzje

: Spodziewałem się pytań siostrzeńca i odpowiedzi o. Leona, ale o. Leon raczej daje niewiele odpowiedzi, zostawiając dużo miejsca p. Bartoszowi. Mam wrażenie, że książka jest próbą wyrażenia jakiejś nacjonalistycznej myśli, którą autorytet o. Leona miałby poprzeć. Pierwsza pozycja Wydawnictwa TYNIEC, która bardzo mnie rozczarowała.

Dodaj recenzję

Napisz recenzje

Rozmowy mnicha z (pra) siostrzeńcem

Rozmowy mnicha z (pra) siostrzeńcem

Na ogół wstęp do książki pisze ktoś znany, ważny, uczony lub mądry a najlepiej, żeby miał wszystkie te przymioty. Taki autor na ogół podnosi wartość dzieła. Na szczęście wywiadowi z o. Leonem Knabitem, który sam w sobie jest człowiekiem wielkiej wartości, żaden ważny ani szczególnie wybitny człowiek nie musi dodawać prestiżu. Z tego powodu mogę napisać wstęp, choć zawodowo robię rzeczy bardzo odległe od pisania wprowadzeń do mądrych książek.

Kiedy tylko zacząłem w miarę świadomie spoglądać na świat, okazało się że jednym z moich bliskich jest dziwna postać w czarnym ubraniu z kapturem, którą nazywano mnichem albo benedyktynem z Tyńca. Dość szybko też zorientowałem się, że jest on dość dziwny, bo ma dwa imiona: moja Babcia, którą wtedy szanowałem najbardziej na świecie, a nawet zdecydowanie chciałem się z nią żenić, mówiła do niego zdrobniale: „Stefanku”, mimo że był najwyższy w rodzinie. Traktowała go też jak syna i kochała chyba na równi ze mną, z czym z trudem się godziłem. Inne osoby, nie z rodziny, częściej mówiły o nim: „ojciec Leon”. Wtedy już rozumiałem, że to brat Mamusi i jest moim Wujkiem. Przez dłuższy czas natomiast nie bardzo wiedziałem, dlaczego, skoro mam swojego Tatusia Zbysia, to brat Mamusi, wujek Stefanek, to także ojciec i do tego Leon.

Był on w naszym życiu obecny zawsze. Mimo surowych reguł monastycznego życia (pamiętam opowieść Babci, że jadąc na pierwszą wizytę w klasztorze, zawiozła Synowi czekoladę, a on ją oddał przełożonemu i została podzielona między współbraci; do tego po wizycie pozwolono mu odprowadzić Mamusię jedynie „do pierwszej bramy”) kiedy tylko mógł, starał się nas odwiedzać. Odbywało się to z reguły w ramach urlopu, najczęściej w lecie. Wyczekiwany Wujek przyjeżdżał do wielkiego domu mojej babci, zasiadał przy stole niedaleko otwartych drzwi na wielką werandę i odpisywał na listy. Podziwiałem malutki notesik z zapisanymi „maczkiem” adresami. Tysiąc? Więcej? Kiedy byłem już większy, posyłano mnie na pocztę po arkusze znaczków. Wieść o przybyciu Wujka, nawet w świecie bez internetu, roznosiła się lotem błyskawicy. Stary drewniany dom „dostawał skrzydeł”. Przez kilka dni roił się od dawnych znajomych, Babcia odżywała, siostry cieszyły się bratem. Mój Tatuś i Wujek nie zawsze zgadzali się co do polityki – powstała nawet najkrótsza z fraszek: „Wszakże, szwagrze?” – ale szanowali się i lubili.

Dobry, serdeczny dom. Pewnie, że nie bez problemów, ale szczęśliwy i radosny.

Wujek mieszkał w odległym Tyńcu, ale wszyscy z dumą śledziliśmy jego zakonną karierę. Dowiadywaliśmy się, że jest w kolegium redakcyjnym Biblii Tysiąclecia, staje się cenionym rekolekcjonistą, duszpasterzem młodzieży, mistrzem klasztornego nowicjatu, podróżuje, spotyka się z ciekawymi ludźmi. Z licznych wyjazdów przywoził nam rozmaite wieści – a to z królewskiego Krakowa, a to ze spotkań z ciekawymi ludźmi, czasem z dostojnikami Kościoła, nawet z samym kard. Wyszyńskim czy młodszym i mniej znanym kard. Wojtyłą. Przywoził zasłyszane od zaprzyjaźnionych misjonarzy opowieści o misjach w Burundi w Afryce, internetu wszak nie było, ale słowo czyniło cuda – do dziś pamiętam śpiewaną naukę dodawania w języku suahili:

Modża na modża ni n’ga pi?

Modża na modża ni mbili!

W pamięci pozostał mi też jeden z prezentów, który dostałem, może na piąte, a może na szóste imieniny – był to wspaniały plastikowy okręt na baterie. Jak Mamusia się zgodziła, można było nalać pełną wannę wody i… Wujek powiedział: „Dostaniesz go, ale musisz przez te kilka dni być grzeczny. Mam przygotowane na prezent dla ciebie 120 zł. Okręt kosztuje 90 zł. Za każdy wybryk odejmujemy 10 zł”. Wystarczyło, choć ledwo ledwo. Nie było łatwo, dzięki temu jednak pierwszy raz w życiu zorientowałem się, że aby coś osiągnąć, trzeba się postarać. Lekcja na całe życie.

Potem ja przyjeżdżałem do Tyńca. Pamiętam jeden dłuższy wyjazd z Tatusiem – kilka dni przeżyliśmy razem z mnichami w rytmie Reguły św. Benedykta. Posiłki były w refektarzu. Modlitwa, lektor czyta fragment Reguły przed obiadem, opat daje znak drewnianym młoteczkiem – można jeść. Jemy w milczeniu, a lektor czyta fragment stosownej książki. Biada temu, co nałożył na talerz za wiele – kilkudziesięciu chłopa patrzy, jak się morduje, bo zostawiać nie wypada, a kończymy wszyscy razem…