<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0">
	<channel>
		<title><![CDATA[Tyniec  Wydawnictwo Benedyktynów]]></title>
		<description><![CDATA[Sklep na oprogramowaniu PrestaShop]]></description>
		<link>https://tyniec.com.pl/</link>
		<generator>PrestaShop</generator>
		<webMaster>zamowienia@tyniec.com.pl</webMaster>
		<language>pl</language>
		<image>
			<title><![CDATA[Tyniec  Wydawnictwo Benedyktynów]]></title>
			<url>https://tyniec.com.pl/img/tyniec-logo-1452802680.jpg</url>
			<link>https://tyniec.com.pl/</link>
		</image>
		<item>
			<title><![CDATA[Reguła św. Benedykta dla początkujących - 25,40 zł ]]></title>
			<description><![CDATA[<img src='https://tyniec.com.pl/1523-small_default/regula-sw-benedykta-dla-poczatkujacych.jpg' title='Reguła św. Benedykta dla początkujących' alt='thumb' /><p>Drugi Sobór Watykański przypomniał, że do świętości powołani są wszyscy nie tylko osoby konsekrowane, ale także świeccy. Każdy człowiek, mniej lub bardziej świadomie, szuka Boga, nie wiedząc, że to Bóg pierwszy go woła i prowadzi. Święty Benedykt z Nursji proponuje, aby z całą świadomością i zdecydowaniem podjąć to zasadnicze dążenie i uczynić z niego program życia. Kandydatom zgłaszającym się do klasztoru stawia w swej Regule tylko jedno pytanie: Czy prawdziwie szukają Boga?</p>
<p>Ci, którzy nie mają powołania monastycznego, ale pragną na swej drodze życia podjąć ten sam program, mają możliwość zostać oblatami benedyktyńskimi (<em>oblatio</em> = oddanie, ofiarowanie, poświęcenie). Jest to forma życia, w której człowiek, nie zmieniając swego stanu, wiążąc się z konkretną wspólnotą benedyktyńską, przyrzeka kierowanie się w codzienności tą samą <em>Regułą</em>, co mnisi żyjący w klasztorze.</p>
<p>W książeczce, którą oddajemy w ręce czytelników Wil Dekrse oblat opactwa św. Willibrorda w Doetinchem w Holandii pokazuje, jak cenne mogą być wskazania <em>Reguły</em> w życiu świeckiego chrześcijanina. Codzienne życie oblata oparte jest na trzech ślubach monastycznych: <em>stabilitas</em>, które możemy przetłumaczyć –  nie odchodź od tego, czemu się poświęciłeś i co absorbuje cię tu i teraz, <em>conversatio morum</em> oznacza nieustanne i codzienne poprawianie małymi krokami swojego podejścia do życia i jego stylu i wreszcie <em>obedientia</em> czyli sztuka uważnego słuchania i odpowiadania z serca swoim życiem.</p>
<p>Autor dzieli się z nami swoją „przygodą” ze św. Benedyktem. Pokazuje, że kontakt z opactwem na warunkach domownika pozwala nie tylko „naładować akumulatory”, ale uczy właściwego gospodarowania czasem, szacunku dla ludzi i przedmiotów. Daje możliwość życia w Duchu. <em>Reguła</em> według słów św. Benedykta przeznaczona jest dla początkujących, stąd tytuł tej książeczki, można się nią kierować mimo upadków, bo uczy, jak z nich powstawać, aby zaczynać wciąż od nowa. Triada: uważne słuchanie czego ludzie i sytuacje potrzebują od ciebie, odpowiedź płynąca z serca i konsekwentne wprowadzanie w czyn tego, co usłyszeliśmy zapewni, że twoją dewizą życiową stanie się wezwanie benedyktyńskie: „Aby we wszystkim był Bóg uwielbiony”.</p>]]></description>
			<link><![CDATA[https://tyniec.com.pl/duchowosc-wschodu-i-zachodu/1560-regula-sw-benedykta-dla-poczatkujacych-9788382050271.html]]></link>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Modlitwa jako spotkanie - 17,00 zł ]]></title>
			<description><![CDATA[<img src='https://tyniec.com.pl/1554-small_default/modlitwa-jako-spotkanie.jpg' title='Modlitwa jako spotkanie' alt='thumb' /><p>Dlaczego „modlitwa jako spotkanie”? Nie chcemy tutaj uzasadniać racji, dla których autor proponuje takie podejście do modlitwy. On sam doskonale to wyjaśnia w swoim wstępie. Dla­czego jednak taka pozycja w naszej serii? Wydaje się, że w naszej polskiej katolickiej tradycji modlitwa jest kojarzona z „rozmową z Bo­giem”. Przy czym praktycznie rzecz biorąc nacisk stawiany jest na „mówienie do Boga”. Stąd częste zatroskanie ludzi o modlitwy, jakie mają „odmawiać”. Mówi się o „odma­wia­niu pa­cie­rza” i to często jest utożsamiene z samą mo­dli­twą. Jest to wielkie uproszczenie. Modlitwa zawiera w sobie całe bogactwo więzi czło­wieka z Bo­giem. Oczywiście żadna koncepcja nie od­da w pełni tego bogactwa. Wydaje się jednak, że koncepcja „modlitwy jako spotkania” jest niezmiernie trafna i pomocna we właściwym podejściu do modlitwy. O. Anselm Grün OSB wspaniale omawia całą bogatą tradycję mo­dli­twy chrześcijańskiej wychodząc z tej koncepcji. Dotychczasowe tradycyjne formy modlitwy od­sła­niają w ten sposób nową głębię.</p>
<p>Jako tom 9 naszej serii wydaliśmy pozycję <a href="https://tyniec.com.pl/duchowosc/1378-modlitwa-a-poznanie-siebie-9788373549173.html"><em>Modlitwa a poznanie siebie</em></a>. Ta pozycja jest jak gdyby uzupełnieniem tamtej. Prawdziwie poz­nać siebie możemy tylko w spotkaniu z Bo­giem, a spot­kać Boga możemy tylko przez zgo­dę na przyjęcie pełnej prawdy o sobie. Wszy­stko to dokonuje się na modlitwie. Na tej drodze po­winna się dzisiaj rozwijać prawdziwa chrześ­ci­jańska pobożność.</p>]]></description>
			<link><![CDATA[https://tyniec.com.pl/duchowosc/1379-modlitwa-jako-spotkanie-9788373549180.html]]></link>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Modlitwa a poznanie siebie - 14,50 zł ]]></title>
			<description><![CDATA[<img src='https://tyniec.com.pl/1545-small_default/modlitwa-a-poznanie-siebie.jpg' title='Modlitwa a poznanie siebie' alt='thumb' /><p>„Duszpasterstwo” staje się dzisiaj coraz bar­dziej domeną psychologii. Psycholodzy mó­wią nam, co dla ludzkiej duszy, dla psychiki jest dobre, a co jej szkodzi. Wydaje się, że teolodzy stracili ufność we własne doświadczenie duszpasterskie i próbują – czasem bezkrytycznie – przyjmować metody psychologiczne w ży­ciu duchowym. Z pewnością duszpasterstwo nie może dziś już pomijać zasad psychologii. Jednak zamiast oczekiwać wszelkiego zbawienia od psychologii i sprowadzać teologię do psychologii, „zbawiennej” dla dzisiejszego czło­wieka, należy uświadomić sobie psychologiczny wymiar praktyki religijnej. Teologia, która tylko próbuje nadążyć za różnymi szkołami psychologicznymi, na pewno nie będzie przez psychologów traktowana po­ważnie. Psycholodzy oczekują dziś od teo­logów, że odsłonią i uczynią owocnymi dla współ­czesnego człowieka bogate do­świad­cze­nia zebrane przez ludzi modlących się wszystkich czasów.</p>
<p>Praktyka modlitewna, którą spotykamy u mni­­chów III–VI wieku, jest prawdziwą kopalnią psychologicznego doświadczenia. Dla starożytnych mnichów drogi religii i psy­chologii jeszcze się nie rozchodziły. Dla nich droga czysto religijna była jednocześnie drogą psychologiczną. Droga religijna zawierała wszelkie psychologiczne poznanie i metody, do których prawa rości sobie usamodzielniająca się dziś nauka. Dla daw­nych mnichów modlitwa była źródłem poznania siebie i lekarstwem na wszelkie rany, które dziś usiłujemy uleczyć za pomocą technik psychologicznych. Modlitwa ma jed­nocześnie fun­kcje terapeutyczne i analityczne. Człowiek modląc się odkrywa wszyst­kie swoje wadliwe po­stawy, choroby i doznaje uzdrowienia. Modlący się jest nie tylko pobożny, ale przez modlitwę dojrzewa, zdro­wieje, mądrzeje, staje się czło­wie­kiem, o któ­rym powiedzielibyśmy, że od­na­lazł siebie, że odnalazł swą tożsamość, że się zrealizował.</p>
<p>Samorealizacja, którą próbujemy dziś osiągnąć przez liczne praktyki psychologiczne i me­dy­tacyjne, była dla mnichów wynikiem konsekwentnie przebytej drogi modlitwy. Jednak celem tej drogi nie była samorealizacja. Mnisi chcieli nie tyle zrealizować siebie, ile chcieli szukać Boga. W ideale samorealizacji, do którego się dzi­siaj dąży, stawia się człowieka w sa­mym centrum. Wszystko kręci się wokół niego. Nawet Bóg służy jego samorealizacji. Praktyki medytacyjne i religijne mają na celu roz­winięcie ludzkich zdolności. Człowiek po­znał, że dziedzina religijności również na­leży do całości jego istoty. Należy ją więc rozwijać. Bóg jest tylko środkiem pro­wadzącym do celu. Nie jest interesujący jako Bóg, ale jako pomoc w samo­rea­li­zacji. Mnisi nie chcieli się realizować, lecz szukali Boga. Próbowali usunąć z siebie wszyst­ko, co Go przesłania. Doświadczyli przy tym tego, że nie można odnaleźć Boga, jeśli się żyje „obok siebie”, jeśli się samego siebie nie pozna. Do poznania Boga dochodzi się tylko przez poznanie siebie.</p>]]></description>
			<link><![CDATA[https://tyniec.com.pl/duchowosc/1378-modlitwa-a-poznanie-siebie-9788373549173.html]]></link>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Lectio divina. Teoria i praktyka, czyli jak czytać Pismo Święte? - 51,00 zł ]]></title>
			<description><![CDATA[<img src='https://tyniec.com.pl/2227-small_default/lectio-divina-teoria-i-praktyka-czyli-jak-czytac-pismo-swiete.jpg' title='Lectio divina. Teoria i praktyka, czyli jak czytać Pismo Święte?' alt='thumb' /><p>W dniu 28 grudnia 2021 r. wspominaliśmy pierwszą rocznicę śmierci o. Włodzimierza Zatorskiego OSB. Z tej okazji przygotowaliśmy zbiór tekstów ojca Włodzimierza skupionych wokół tematu <em>lectio divina</em>, praktyce czytania Pisma Świętego, która zajmuje szczególne miejsce w tradycji monastycznej i życiu każdego benedyktyna. Patrząc na ilość tekstów i nagrań ojca Zatorskiego, które dotyczyły tej praktyki, można śmiało powiedzieć, że obok <em>Reguły</em> św. Benedykta, był to temat w <em>czołówce</em> zainteresowań Autora.</p>
<p>Teksty, które znajdziesz na kolejnych stronach, to owoc głębokiej refleksji biblijnej o. Włodzimierza Zatorskiego OSB. Podzieliliśmy je na dwie części. Pierwsza to wprowadzenie teoretyczne, a druga — przykłady odczytania wybranych fragmentów z Pisma Świętego. Duża część tekstów była publikowana w miesięczniku oblatów benedyktyńskich „Benedictus”. Za ich udostępnienie serdecznie dziękujemy całej Redakcji i wszystkim osobom zaangażowanym w opracowanie, przepisywanie i korektę.</p>]]></description>
			<link><![CDATA[https://tyniec.com.pl/ksiazki-wlodzimierza-zatorskiego-osb/2180-lectio-divina-teoria-i-praktyka-czyli-jak-czytac-pismo-swiete-9788382051582.html]]></link>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[O czternastu radościach Maryi - 18,00 zł ]]></title>
			<description><![CDATA[<img src='https://tyniec.com.pl/2093-small_default/o-czternastu-radosciach-maryi.jpg' title='O czternastu radościach Maryi' alt='thumb' /><p>Mówi się od mniej więcej siedmiuset lat o siedmiu Boleściach Maryi. I słusznie, ale trzeba także pamiętać o Jej radościach. I nie tylko dlatego, że żaden człowiek, choćby najwyraźniej powołany, i do swego specjalnego powołania od początku, a nawet od pokoleń kształtowany, nie zniósłby życia w samym tylko bólu; po prostu by umarł, kiedy tylko choroba przeważy dobrostan. Także, a nawet przede wszystkim dlatego, że Ona przecież żyła tak blisko swojego Syna, Dawcy i źródła wszelkiej radości. I znowu: każdy człowiek (bo to wynika z ludzkiej kondycji, z ludzkiej psychiki) odbiera radość, nawet tę największą, jednocześnie z całym mnóstwem innych doznań, pomieszaną z nimi; może mu ona nawet na jakiś czas za nimi zniknąć. Nie wiemy, skoro nie dzielimy Jej przywileju bezgrzeszności, jak dokładnie w sercu Maryi działał ten podkład radości; ale epizod z niezrozumieniem decyzji dwunastoletniego Syna zdaje się wskazywać, że nawet Jej potrafiła troska przesłonić radość, przesłonić zrozumienie. Przynajmniej chwilowo. Niemniej tak w poszczególnych epizodach, jak i w życiu wziętym jako całość, to właśnie Radość miała ostatnie słowo. I okazuje się, że ból i radość mogą współistnieć i współpracować: mogą kształtować człowieka, rzeźbić go, i w tej współpracy ból prowadzi do jeszcze większej radości, a radość nadaje sens przeżytemu bólowi.</p>
<p>Dlatego nasze myślenie o Matce Bożej nie powinno się ograniczać do samych Jej cierpień; a nasza modlitwa do Niej powinna uwolnić się od kształtowania Jej postaci na nasze własne podobieństwo. Człowiek na ogół o wiele więcej potrafi myśleć i mówić o tym, co go boli, niż o tym, co go cieszy; ale niekoniecznie musimy przypisywać tę cechę Jej także. Nie ma też sensu traktowanie Jej jako monolitu, gotowego od chwili poczęcia, bez potrzeby żadnego rozwoju: że taki rozwój miał miejsce, to jest jedna z niewielu rzeczy, które nam Ewangelia o Niej mówi. Czasem <em>nie rozumiała</em> (por. Łk 2,48), <em>dziwiła się</em> (por. Łk 2,33), ale przede wszystkim <em>rozważała w sercu</em> kolejne zdarzenia, dojrzewając do ich coraz pełniejszego rozumienia; czego by nie musiała robić, gdyby jej dano wszystko rozumieć w pełni od początku. Powtórzmy: nie dzieląc Jej bezgrzeszności, nie znamy z własnego doświadczenia Jej punktu startu, ale to, że wystartowała i że biegła, jest pewne.</p>
<p>Zastanówmy się więc nad czternastu znanymi nam radościami Maryi. Na pewno znalazłoby się ich o wiele więcej, zwłaszcza gdyby policzyć osobno każdy cud Syna, bo przecież musiała cieszyć się tymi cudami co dzień od nowa; każdą Jego naukę, każdą przypowieść, rozjaśniającą tak bardzo naszą drogę do Boga, przyjmować jak radosny dar. Dużo by o tym można myśleć. Ale jako początek i jako podstawę wymieńmy te, które są najbardziej oczywiste i w tekstach biblijnych uzasadnione / Małgorzata Borkowska OSB</p>]]></description>
			<link><![CDATA[https://tyniec.com.pl/ksiazki-malgorzaty-borkowskiej-osb/1801-o-czternastu-radosciach-maryi-9788382051155.html]]></link>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Pomiędzy grzechem a myślą - 19,50 zł ]]></title>
			<description><![CDATA[<img src='https://tyniec.com.pl/1671-small_default/pomiedzy-grzechem-a-mysla.jpg' title='Pomiędzy grzechem a myślą' alt='thumb' /><p>Ewagriusz mówi o ośmiu złych myślach, czyli – innymi słowy – o ośmiu złych sposobach życia; mówi o tym, że nasze problemy, niejednokrotnie poważne, można rozwiązać na osiem złych sposobów. Pontyjczyk nie twierdzi, że to, czym zajmuje się zła myśl, jest nieistotne; mówi, że to, w jaki sposób myśl rozwiązuje pewien problem, jest obciążone błędem. Zwróćmy uwagę na to, że <strong>Ewagriusz nie mówi o grzechach</strong>. To nie jest nauka o ośmiu grzechach głównych – to jest nauka o ośmiu rodzajach złych myśli. Grzech w pewnym sensie jest owocem, który wyrasta z myśli, a myśl z kolei jest jak korzeń. Ewagriusza interesują nie tyle jednostkowe uczynki, które wydarzają się w naszym życiu, ale zajmuje go zniszczenie korzenia, z którego grzech wyrasta. Osią nauki Ewagriusza nie jest walka z pojedynczymi złymi uczynkami, lecz refleksja nad tym, co jest ich przyczyną.</p>
<p><span>Dobrze jest uświadomić sobie jedną rzecz dotyczącą natury myśli jako takiej. Zwróćmy uwagę na to, że słowa „myśl” używamy tutaj w liczbie pojedynczej w ramach pewnego uproszczenia; tak naprawdę jest to tylko pewna metka, pewnego rodzaju naklejka, która zaznacza, opisuje daną rzeczywistość, niejednokrotnie bardzo skomplikowaną. Myśl nigdy nie jest jednorodna – nigdy nie mówimy o jednym tylko typie obżarstwa, to nigdy nie jest chciwość czy smutek jednej tylko natury. Przeciwnie – za każdym razem dotykamy tu rzeczywistości bardzo złożonych. Gdybyśmy chcieli oddać to za pomocą jakiejś metafory, wydaje mi się, że dobrze byłoby zobrazować każdą z poszczególnych myśli jako wieżę – wysoką budowlę, w której jest bardzo wiele pokoi. Człowiek wchodzący do takiego budynku przechodzi przez kolejne pokoje, komnaty, wstępuje na kolejne piętra, zstępuje do piwnic czy lochów, zagłębia się w rozmaite zakamarki, docierając wreszcie na sam szczyt, z którego nie ma już dokąd przejść. I podobnie jest z myślą – może przyjąć nieskończenie wiele form; każdy z nas może doświadczyć <strong>różnych rodzajów smutku</strong>, różnych rodzajów przygnębienia, acedii, nieczystości itd. Pamiętajmy więc o tym: myśl, choć używamy tutaj liczby pojedynczej, jest jednak czymś wielorakim i skomplikowanym, a formułując pewien opis jej natury, robimy to jedynie w dużym przybliżeniu.<br /></span></p>]]></description>
			<link><![CDATA[https://tyniec.com.pl/osiem-duchow-zla/345-pomiedzy-grzechem-a-mysla-9788373545892.html]]></link>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Być ojcem - 22,00 zł ]]></title>
			<description><![CDATA[<img src='https://tyniec.com.pl/1438-small_default/byc-ojcem.jpg' title='Być ojcem' alt='thumb' /><p>Dzisiaj mamy na świecie do czynienia z ogromnym kryzysem ojcostwa. Właściwie można powiedzieć, że żyjemy w świecie „bez ojca”. Jest to oczywiście uproszczenie, jednak w tym stwierdzeniu zawiera się dużo prawdy o tym, że w większości rodzin brak prawdziwego ojca, a właściwie trzeba by powiedzieć nieco inaczej: większość dzieci dzisiaj wychowuje się bez ojca we własnym domu. Jest to fakt nie tylko statystyczny, ale też prawda w wymiarze wychowawczo-psychologicznym. Niestety to owocuje powieleniem się sytuacji w następnym pokoleniu i to często z jeszcze większym brakiem czy niedoborem obecności ojca w życiu dziecka.</p>
<p>Jednocześnie powszechny kryzys bywa czasami wykorzystywany jako usprawiedliwienie dla własnej odpowiedzialności: ponieważ jest kryzys, to miejcie mnie za usprawiedliwionego, że nie jestem dobrym ojcem, nie wypełniam swoich obowiązków, bo właściwie tak jest „wszędzie”. Jednak kryzys, dosyć powszechny brak ojca, nie zwalnia nas w żaden sposób z odpowiedzialności ojcowskiej wobec własnych dzieci. Każdy człowiek, każde dziecko ma prawo mieć ojca i kryzys u innych nie daje nam żadnego zwolnienia od tego obowiązku, nawet jeżeli ci inni to większość!</p>
<p><strong>Kryzys ojcostwa pobudza do pytania o sens bycia ojcem. Kim jest ojciec? To pytanie jest związane z drugim, podobnym pytaniem, a właściwie drugą stroną tego pytania: Czyimi jesteśmy dziećmi?</strong></p>
<p>Rola ojca w stosunku do dziecka jest nieco inna i nawet można powiedzieć jest trudniejsza, niż rola matki. Dziecko poczyna się w łonie matki, ona potem je nosi w swoim wnętrzu i rodzi. Następnie karmi piersią, obcuje w ten sposób z nim fizycznie przez najważniejszy okres jego życia. To wszystko co jest związane z poczęciem, urodzeniem i pierwszymi miesiącami opieki nad dzieckiem niezmiernie łączy matkę z dzieckiem więzami, które trudno przecenić. Związek matki z dzieckiem jest w ten sposób o wiele bardziej naturalny, wręcz fizyczny, natomiast więź ojca z dzieckiem jest o wiele bardziej złożona, w porównaniu z więzią z matką: bardziej zdystansowana. Ojciec jest swoistym stróżem czy opiekunem, jakim był św. Józef, który ma zapewnić matce i dziecku warunki do życia i wzrastania dziecka. Jest to konieczne dla tego, by matka mogła spełnić swoje zadanie macierzyńskie. Właściwie można powiedzieć, że kobieta, rodząc dziecko, przynosi je mężczyźnie. Dawniej ojciec w geście wzięcia dziecka w ręce przyjmował je za swoje. Ten gest nie był banalny z tej racji, że o ile macierzyństwo jest czymś oczywistym i bezpośrednio uchwytnym, o tyle ojcostwo jest czymś nie tak łatwo uchwytnym, bo pomiędzy współżyciem a urodzeniem się dziecka, mija bardzo długi czas. Z tej racji trzeba także odróżnić ojcostwo fizyczne od ojcostwa faktycznego, czyli faktu wychowywania dziecka. Do dzisiaj nie jest łatwym problemem rozstrzygnięcie tego, kto jest biologicznym ojcem. Nawet badania DNA nie dają często jednoznacznego rozstrzygnięcia. Bywa także tak, że ojciec fizyczny nie żyje lub jest nieobecny, a dzieci wychowuje ktoś zupełnie inny, kto staje się faktycznym ojcem.</p>
<p>Jednak pomimo tego, że związek ojca z dzieckiem nie jest tak oczywisty i namacalny, jak w przypadku matki, to jednak wpływ ojca na kształtowanie dziecka od strony duchowej jest ogromny. Doświadczenie dziecka w relacji do ojca bardzo mocno rzutuje na późniejszą relację tego dziecka do Boga. Pan Jezus, ucząc nas modlitwy, powiedział: <em>Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze</em>. Nie jest to przypadkowe i obojętne. Nazywając Boga Ojcem, tym samym odnosimy się do naszego doświadczenia ojca, jakie znamy z życia. Kiedy dziecko ma ojca przypominającego kaprala w wojsku lub obojętnego na wszelkie prośby o kontakt, kiedy nie może z ojcem nawiązać bliskiej więzi, bo spotyka się z obojętnością lub po prostu ojca nie ma, to mówić na modlitwie: Ojcze!, kojarzy się z rzucaniem słów w pustkę. Sama modlitwa wydaje się swoistą ironią. Nie jest to dzisiaj banalny problem! Jak katecheta może spokojnie uczyć dzieci o Bogu, mówiąc im, że jest On Ojcem miłosiernym, kiedy ostatecznie dowiaduje się, że ok. 70% dzieci albo nie ma w ogóle ojca, albo ma przykre doświadczenie ojca, często nosi w sobie uraz, zranienie związane z relacją do ojca!</p>]]></description>
			<link><![CDATA[https://tyniec.com.pl/duchowosc/1413-byc-ojcem-9788373549401.html]]></link>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Zawsze się radujcie! - 24,00 zł ]]></title>
			<description><![CDATA[<img src='https://tyniec.com.pl/1813-small_default/zawsze-sie-radujcie.jpg' title='Zawsze się radujcie!' alt='thumb' /><p>Temat jest z jednej strony piękny, jednak z drugiej bardzo trudny. Nie chodzi w nim przecież o zwykłą wesołość, utrzymywanie dobrego humoru, programowy optymizm. W życiu ludzi wierzących radość jest trudna, gdyż widzą oni wiele zła, jakie dzieje się na świecie, a i sami znają także swoje słabości – z czego się tutaj radować? Dlatego też wielu wierzących chodzi smutnych, niezadowolonych z tego, co się na świecie dzieje. Ponadto wiara dla wielu jest widziana w perspektywie moralnych nakazów i zakazów, co kojarzy się raczej z przymusem niż z wolnością i radością! Jednak w Biblii znajdujemy wyraźne polecenia, aby się radować. Już sama nazwa zasadniczego orędzia Nowego Testamentu przekazanego nam przez Pana Jezusa: ewangelia, oznacza dobrą nowinę, która przez samo „dobro” powinna nam nieść radość. Ponadto znajdujemy także wprost wezwania do radości, zarówno w Starym Testamencie, jak i w Nowym: „Radujcie się!”.</p>
<p><strong>W tym kontekście warto się zapytać, o jaką radość chodzi? Skąd się ona bierze? Jak jest ona możliwa w świecie pełnym zła? Skąd czerpać na nią siły?</strong></p>
<p>Dzisiaj jest bardzo modne hasło: „Keep smiling”, dosłownie: „śmiej się ciągle”, a co się tłumaczy: „nie martw się”, „zachowaj pogodę ducha”. Dlaczego trzeba trzymać uśmiech? W Stanach jest to wręcz żelazna zasada. Opowiadał mi kolega, że będąc w Indiach na studiach, miał sąsiada, Amerykanina, także studiującego filozofię, który właśnie „trzymał uśmiech”. Zawsze i wszystko było u niego „w porządku”. Kiedyś w nocy, gdy ten Amerykanin po ostrym zatruciu pokarmowym ledwo szedł do WC, trzymając się ściany, kolega spytał go: co u ciebie? I nawet w tej sytuacji odpowiedział: „Wspaniale. Wszystko w porządku!” Jak widać, można się uśmiechać nieustannie do upadłego!</p>
<p>Takie „trzymanie” uśmiechu, radości, jest niewątpliwie metodą na utrzymywanie się na fali życia. Szczególnie przynosi to dobre owoce w relacjach z innymi. Ludzie lubią ludzi wesołych, pogodnych, pełnych humoru, a nie lubią narzekających, smutnych, cierpiących. Jednak nie tylko to. Utrzymywanie dobrego nastroju niezależnie od sytuacji pozwala lepiej pokonywać trudności, utrzymywać dobrą kondycję zdrowotną. Ogólnie rzecz biorąc, pozwala lepiej żyć.</p>]]></description>
			<link><![CDATA[https://tyniec.com.pl/duchowosc/1089-zawsze-sie-radujcie-9788373548107.html]]></link>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Oślica Balaama - 18,00 zł ]]></title>
			<description><![CDATA[<img src='https://tyniec.com.pl/1716-small_default/oslica-balaama.jpg' title='Oślica Balaama' alt='thumb' /><p>Przez kilkanaście wieków zakonnice słuchały kazań, konferencji, rekolekcji, pouczeń, a zawsze w pokornym milczeniu, jak te nieme bydlątka: cokolwiek im mówiono, umiały tylko potakiwać. Czasem się któraś wyłamała, ale bardzo rzadko! <strong>Założenie ze strony kaznodziejów było niewątpliwie takie, że zawsze, w każdej sprawie i w każdych okolicznościach, oni wiedzą lepiej;</strong> zakonnice zaś nauczyły się to akceptować, najpierw dlatego, że potrzebują celebransa i muszą przyjmować jego warunki; a potem już z tradycji i z przyzwyczajenia. To była forma pokory, której od nich oczekiwano. Skutkiem tego nieraz osoby o półwiecznym doświadczeniu na drogach modlitwy nabożnie słuchały (i słuchają) głupstw prawionych przez chłopaczków, którzy liznąwszy w seminarium coś niecoś z Tanquereya i zapomniawszy po zdanym egzaminie nawet i tego, przekonani byli, że mają o czym słuchaczki pouczać i że te słuchaczki jeszcze tego dotąd nigdy nie słyszały. Znałam zakonnicę, której siostrzeniec, podówczas kleryk na pierwszym roku, przysłał w prezencie imieninowym nowo wydaną książkę o modlitwie, z dedykacją: „Kochanej cioci... aby ta piękna książka pomogła zrozumieć wartość modlitwy”. Dosłownie. Ciocia była już ćwierć wieku w klasztorze kontemplacyjnym, ale widocznie dotąd nie wiedziała, po co tam siedzi; na szczęście teraz już zrozumie. A kiedy młody salezjanin oświadcza nam z kazalnicy z promiennym uśmiechem, że do rekolekcji dla zakonnic to on się nie przygotowuje, bo wiadomo, że im wszystko dobre i wszystko przyjmą – trudno to nazwać inaczej niż bezmyślną pogardą; ale w jakimś sensie same jesteśmy sobie winne, bo milczymy.</p>
<p>Oczywiście <em>krasnoludek różny bywa</em>; kaznodzieja też. Różny jest stopień pogardy, od zera do dużych cyfr na skali; różny stopień życzliwości. O ile zdołałam zauważyć, te podziały nie pokrywają się jednak ani z podziałami na pokolenia, ani z podziałami na przynależność diecezjalną lub zakonną. Po prostu ludzie są różni, i jedni bardziej ulegają przekazywanemu przez starszych kapłanów przykładowi paternalistycznego traktowania zakonnic z góry, inni mniej. Czasem pogarda i życzliwość współistnieją bardzo zabawnie. Kiedy byłam w nowicjacie, istniała jeszcze instytucja tzw. spowiedników kwartalnych, więc cztery razy do roku zjawiał się u nas pewien kanonik. Był nam bardzo życzliwy, oprócz słuchania spowiedzi głosił konferencje i starał się nas pocieszać w tym naszym <strong>poniżającym sposobie życia.</strong> Tak właśnie mówił zawsze, <em>poniżający sposób życia</em>; i po jakimś czasie zorientowałam się ze zdumieniem, że chodzi mu po prostu o to, że same sobie musimy buty czyścić i kartofle obierać. Ten człowiek, jak mnóstwo księży tamtego pokolenia, miał zakodowaną w głowie przepaść między „białymi” a „czarnymi” zajęciami, i skoro sam by nigdy nie tknął żadnej domowej pracy, żeby nią swojej godności kapłańskiej nie skalać – litował się szczerze, że my musimy. No i dobrze; tak mówił przez ileś lat, aż kiedy w końcu przestałam już być onieśmieloną nowicjuszką, a stałam się znaną siekierą, powiedziałam mu, że w moim rozumieniu <em>poniżające zajęcie</em> to by było pod latarnią. I odtąd już tak nie mówił, nawet jeśli nadal tak myślał; a więc, jak się okazuje, można czasem coś wytłumaczyć, a choćby coś osiągnąć.</p>
<p><strong>Ale my, przynajmniej najczęściej, milczymy.</strong> I pewno, że trudno byłoby reagować za każdym razem, kiedy jest na co! Niemniej teraz chciałabym (po ponad już półwiecznym doświadczeniu odbioru kazań) raz wreszcie odezwać się i przedstawić możliwie systematycznie nasz, a częściowo zapewne swój własny, punkt widzenia. Rozumiem doskonale, że mój głos może u wielu PT. duchownych panów wywołać reakcję dokładnie taką samą, jak reakcja Balaama na odezwanie się oślicy. Od zdumienia przez oburzenie aż do użycia jakiegoś rodzaju kija włącznie! Ale inni może byliby wdzięczni za uświadomienie im, że jakiś punkt widzenia różny od ich własnego w ogóle istnieje: nawet jeśli to niezbyt miłe dowiedzieć się, że ktoś przez całe lata patrzył na nas, i nawet coś o nas myślał… i jeszcze w dodatku nie zawsze bezkrytycznie.</p>
<p>Ten tekst leżał przez kilkanaście lat w komputerze, zanim podjęłam decyzję o wydaniu. Oczywiście ci księża, którzy nie znajdą tu swojego portretu, powinni wiedzieć, jak bardzo im za to jesteśmy wdzięczne…</p>]]></description>
			<link><![CDATA[https://tyniec.com.pl/ksiazki-malgorzaty-borkowskiej-osb/996-oslica-balaama-9788373547704.html]]></link>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Lectio divina w tekstach monastycznych - 34,00 zł ]]></title>
			<description><![CDATA[<img src='https://tyniec.com.pl/2238-small_default/lectio-divina-w-tekstach-monastycznych.jpg' title='Lectio divina w tekstach monastycznych' alt='thumb' /><p>Kiedyś starcy odwiedzili abba Antoniego, a był wśród nich abba Józef. Starzec zaś, chcąc ich wypróbować, przedłożył im pewne zdanie z Pisma Świętego i pytał ich po kolei, zaczynając od najmłodszego, co by to zdanie mogło znaczyć. I każdy mówił tak, jak umiał, a starzec odpowiadał każdemu: „Nie trafiłeś”. Na samym zaś końcu zwrócił się do abba Józefa: „A ty co myślisz o tym zdaniu?” On odrzekł: „Nie wiem”. A na to abba Antoni: „Otóż właśnie abba Józef znalazł drogę, bo powiedział «Nie wiem»”.</p>
<p>Bracia ze Sketis wybrali się do abba Antoniego; i kiedy wsiedli na łódź, spotkali pewnego starca, który też tam jechał, a którego oni nie znali. Rozsiedli się w łodzi i rozprawiali najpierw o słowach Ojców, potem o Piśmie Świętym, potem znowu o swoim rękodziele. A starzec milczał. Kiedy dotarli do przystani, okazało się, że i on idzie do abba Antoniego. I gdy do niego przybyli, powitał ich: „Dobrego towarzysza drogi znaleźliście w tym starcu!” A do starca powiedział: „Dobrych braci miałeś w drodze ze sobą abba!” Odrzekł starzec: „Dobrzy to oni są, ale ich zagroda nie ma bramy, i każdy, kto zechce, wchodzi do stajni i odwiązuje osła”. Powiedział to w tym sensie, że mówili wszystko, co im ślina na język przyniosła.</p>
<p>Bracia przyszli do abba Antoniego i poprosili go: „Powiedz nam słowo, jak się mamy zbawić”. Starzec im odpowiedział: „Słyszeliście słowa Pisma? One wam pomogą”. Oni na to: „Ale i od ciebie chcemy usłyszeć, ojcze”. Rzekł im starzec: „Mówi Ewangelista: Jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu jeszcze drugi” . Odpowiedzieli: „Tego robić nie potrafimy”. Starzec na to: „Jeśli nie potraficie nadstawić drugiego policzka, to przynajmniej znieście uderzenie w jeden”. Odrzekli: „I tego także nie potrafimy”. Starzec na to: „Jeśli nawet i tego nie potraficie, to nie oddawajcie otrzymanego policzka”. A oni na to: „Nawet i tego nie potrafimy”. Starzec zwrócił się do swego ucznia: „Ugotuj im trochę kaszki, bo są chorzy”. A im powiedział: „Jeśli ani tego nie umiecie, ani tamtego nie chcecie, to co mam zrobić z wami? Potrzeba modlitwy” / <em><a href="https://tyniec.com.pl/zrodla-monastyczne/78-apoftegmaty-ojcow-pustyni-t1-9788373541962.html">Apoftegmaty Ojców Pustyni, tom 1</a></em></p>]]></description>
			<link><![CDATA[https://tyniec.com.pl/duchowosc/2183-lectio-divina-w-tekstach-monastycznych-9788382051612.html]]></link>
		</item>
	</channel>
</rss>
